[phpBB Debug] PHP Notice: in file [ROOT]/includes/functions.php on line 4655: Undefined index: WHO_WISITED_TODAY
Ocean Souls • Zobacz wątek - 1001 albumów


Zaloguj | Zarejestruj


Strefa czasowa: UTC + 1


Teraz jest 6 paź 2022, o 07:14




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku Przejdź na stronę <<  1 ... 3, 4, 5, 6, 7  >>
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostNapisane: 21 paź 2012, o 14:42 
Endless Forms Most Beautiful
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 16 wrz 2005, o 21:32
Posty: 4487
Lokalizacja: Przed monitorem
76. Loreena McKennitt - The Visit (1991, folk/celtic)


Obrazek


Czas na jakąś zmianę, bo prawie bez przerwy tylko prog i krautrock wrzucamy. Tej pani nikomu chyba przedstawiać nie trzeba, choć niewątpliwie nie wszyscy mieli okazję się z jej twórczością dobrze zapoznać. W tym miejscu większość, którzy Loreeny słuchają od dawna poleciliby raczej jej największy sukces "The Mask And Mirror", również znakomity album z niezwykle bogatymi aranżacjami. Ja zdecydowałem się jednak zaproponować płytę, dzięki której w końcu na dobre wkręciłem się w tą muzykę. Główną różnicą między tymi 2 krążkami jest to, że "The Visit" kładzie większy nacisk na największy atut Loreeny McKennitt, czyli jej jednorazowy i przepiękny głos - kryształowo czysty sopran. Najlepszym przykładem jest tutaj "Bonny Portmore", opowieść o ściętym lesie zaśpiewana bardzo ekpresyjnie i przejmująco ("O bonny Portmore, I am sorry to see / Such a woeful destruction of your ornament tree / For it stood on your shore for many's the long day / Till the long boats from Antrim came to float it away"). W podobnym tonie utrzymany jest klasyk sprzed wielu lat, czyli "Greensleeves", do którego tekst napisał król angielski Henryk VIII (tak, ten pojeb).
Mniej patosu, ale za to równie dużo pięknego wokalu i bogatszą aranżację mamy w pierwszym numerze "All Souls Night". No, te 3 numery powinny wystarczyć jako zachęta do zapoznania się z resztą.
Mimo to na uwagę zasługuje też typowa ballada (tak jak kiedyś ją definiowano) "The Lady Of Shalott". Zapewne na początek niektórych monotonna struktura i linia melodyczna może nużyć, tym bardziej, że numer trwa 11 minut i jest oparty prawie cały czas na tym samym akompaniamencie gitary, w skład którego wchodzi zaledwie kilka dźwięków. Ale jeśli wziąć pod uwagę, że jest adaptacja poematu Lorda Alfreda Tennysona "Lady Of Shalott", który nawiązuje do cyklu legend o Królu Arturze i oparty jest na średniowiecznych źródłach angielskich i anglo-francuskich, to nastawienie słuchacza do tego numeru też powinno być inne. W każdym razie na mnie ten utwór działa niesamowicie, jest w nim dokładnie tyle urozmaicenia ile potrzeba, zarówno instrumentalnie jak i wokalnie.

_________________
https://www.musik-sammler.de/sammlung/sirivanhoe/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 21 paź 2012, o 23:20 
Endless Forms Most Beautiful
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 12 kwi 2008, o 17:30
Posty: 4305
77 - Blue Öyster Cult - Imaginos (1988, heavy metal)


Obrazek


Na początku lat 80. perkusista jednego z bardziej zasłużonych dla amerykańskiej sceny hardrockowej bandów - grający w Blue Öyster Cult Albert Bouchard - postanowił nagrać solowo trylogię rock oper obierających za tematykę wykreowaną przez Sandy'ego Pearlmana mitologię Imaginos. Nie wyszło, Bouchard wyleciał z zespołu, a materiał napisany na potrzeby albumu poszedł do szuflady na parę lat, by po odpowiednim przerobieniu wylądować na jednej z najciekawszych płyt w bogatej dyskografii BÖC. Przez wielu uważany za łabędzi śpiew zespołu, ten concept album opowiada o człowieku (?) imieniem Imaginos i jego specyficznej relacji z nadnaturalnymi stworzeniami wpływającymi na umysły ludzkie zwanymi Les Invisibles.
Od strony muzycznej mamy to do czynienia z ambitnym metalem, któremu przy odrobinie uporu można by przylepić łatkę progresywnego; rozbudowane, przemyślane kompozycje pokroju In The Presence of Another World, The Siege and Investiture of Baron Von Frankenstein's Castle czy mój ulubiony "tytułowy utwór" zespołu, Blue Öyster Cult mogą się kojarzyć np. z tym, co rok później zaczęło robić Savatage. Charakterystyczne dla "małżowych" znakomite, porywające i chwytliwe linie melodyczne, fantastycznie wkomponowane w tradycyjne metalowe instrumentarium klawisze i chórki i przede wszystkim świetne kompozycje stanowią o dużej sile tej płyty. Całość wydaje się dużo dojrzalsza od wcześniejszych, wypełnionych krótkimi, zwięzłymi numerami albumów. Przy okazji Imaginos jest niejako podsumowaniem całej twórczości zespołu, wielokrotnie nawiązując do wcześniejszych dokonań, czy to poprzez ponowne używanie fraz z tekstów (znowu skojarzenia z Savatage), czy też "odnowienie" jednego klasycznego utworu - Astronomy.
Podsumowując, gdybym miał kogoś zachęcić do Blue Öyster Cult, nie miałbym raczej wielkiego dylematu - podsunąłbym mu tę przebojową, rozbudowaną, fascynującą płytę. Nie znam jeszcze całej dyskografii zespołu, więc nie jestem pewien, czy to ich największe dzieło, ale bez wątpienia Imaginos zawiesza poprzeczkę bardzo wysoko.

So, ladies, fish and gentlemen - brać się do słuchania! ;) Na zachętę:

http://www.youtube.com/watch?v=l5uqatdNu1I

_________________
Riding hard every shooting star
Come to life, open mind, have a laugh at the orthodox
Come, drink deep let the dam of mind seep
Travel with great élan, dance a jig at the funeral


Ostatnio edytowano 21 paź 2012, o 23:21 przez Fristron, łącznie edytowano 2 razy

Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 23 paź 2012, o 08:42 
Imaginaerum
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2 gru 2008, o 19:09
Posty: 2917
Lokalizacja: Wawka
[center]78. Therion - Theli (symphonic metal, 1996)

Obrazek
[/center]


Tego zespołu chyba nie trzeba dłużej przedstawiać. Therion już od lat mocno trzyma się na scenie metalowej, posiadając rzesze szczerze oddanych fanów. Kamieniem milowym w ich twórczości (a właściwie powinnam rzec: w twórczości Christofera Johnssona) a także płytą dość przełomową w gatunku jest właśnie Theli.
Album ten jest dopiero piątym długogrającym wydawnictwem zespołu i dopiero drugim symfonicznometalowym. Bowiem pierwszą fascynacją Johnssona był death metal i to w tym gatunku zostały nagrane pierwsze trzy krążki. Do dziś wiele osób gdyba, gdzie obecnie byłaby kapela, gdyby Christofer nie odkrył swojego powołania (grania symphonicu) :)
Jednym z zespołów, na którym wzorował się Szwed, był Celtic Frost. Widać to chociaż w samej nazwie Therion wywodzącej się od nazwy albumu CF To Mega Therion. Ponadto Therion jako pierwszy (jeśli chodzi o bardziej znane zespoły, które zrobiły karierę) od czasów zespołu Warriora użył szkolonego damskiego wokalu w swojej muzyce, co już od kilkunastu lat jest jego cechą charakterystyczną. Innymi takimi cechami są bez wątpienia łączenie potęgi chórów z heavymetalowymi (i czasami deathowymi) wokalami, mnogość użytych języków (po najbardziej egzotyczne, stare i już zapomniane) oraz wzorcowe połączenie instrumentów klawiszowych z hardrockowymi riffami. Na Theli znajduje się także utwór uznawany słusznie za hymn zespołu - mówię oczywiście o nieśmiertelnym To Mega Therion, utworze sztandarowym i reprezentatywnym zarówno dla gatunku, jak i kapeli.
Therion AD. 1996 oraz Theli to zjawiska, bez których współczesna scena symfonicznometalowa nie istniałaby w takiej postaci, w jakiej jest.

_________________
Manogerls newer sikajoooooom! :D
Daviduzz napisał(a):
Jak będzie straszna pogoda, lało, wiało, duszno i porno :)

VAGINAERUM! A DREAM EMPORIUM!

Turn loose the bladder and piss calm.

Rise of Perła and Gomorrah!


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 30 paź 2012, o 23:39 
Imaginaerum
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 lut 2009, o 20:00
Posty: 2168
79. Led Zeppelin- Led Zeppelin I (1969; blues rock/hard rock/psychodelic/folk)

Obrazek


Zespół i krążek, którego w zestawieniu 1001 albumów nie może zabraknąć. Debiutancki krążek jednej z największych kapel w historii rocka. Jak wygladałby świat, gdyby Led Zeppelin nigdy nie powstało. Twórcy legendarnego Stairway To Heaven, czyli ponoć kawałka najczęściej emitowanego przez stacje na świecie. O Led Zeppelin słyszał każdy, kto choć trochę interesuje się muzyką. Zespół będący legendą. W 1968 po rozpadzie The Yardbirds Jimmy Page(działalność artystyczna z muzykami pokroju Jeff Beck czy Eric Clapton) zapraszając do współpracy Roberta Planta, Johna "Bonzo" Bonhama (wpółpracujących razem w kapeli "Band Of Joy) i i Jon Paul Jonesa, który za namową żony zaczął się starać o wakat basisty w zespole.
Okładkę płyty, zdobi zdjęcie płonącego sterowca Zeppelin wykonanego w 1937 roku, od którego zespół zapożyczył nazwę. Wprawdzie kapela została pozwana do sądu przez baronównę von Zeppelin za bezprawne użycie nazwiska jej rodu, ale pozew został odrzucony i Brytyjczycy mogli korzystać dalej z nazwy.
Dlaczego akurat debiut? Kiedyś zapytany o Led Zeppelin, Tony Iommi z Black sabbath podsumował zespół tak, że kiedyś grano blues'a z rockiem, ale nigdy nie brzmiało to tak jak Led Zeppelin.. Wprawdzie na debiucie Led Zeppelin można doszukać się licznych elementów rozwinięcia filozofii muzyki Hendrixa, ale i tak kwartet zaprezentował porcję nieprzeciętnej muzyki.. Debiutancki krążek Led Zeppelin otwiera kawałek: "Good Times, Bad Times", czyli utwór przesiąknięty wszystkim co w bluesie najlepsze - prosta perkusja, niezbyt rozbudowana linia melodyczna i wpadająca w ucho solówka. Następna na płycie jest piękna ballada "Babe I'm gonna Leave" ociekająca bluesowym bólem i zaśpiewana bardzo emocjonalnie przez Roberta Planta. Liczne zwroty akcji w utworze oraz zachrypniety głos Planta idealnie oddał emocje pomiędzy dwoma rozstającymi się osobami. Trzeci kawałek na płycie, czyli You Shook to typowy bluesowy standart Williego Nielsona tak samo jak "I Can't Quit You Babe". "Dazed And Confused" (oficjalnie) kompozycja Page'a idealnie wprowadzająca słuchacza w świat psychodelii i folku. Nie zawacham się stwierdzić, że "Dazed And Confused" to najlepszy kawałek na płycie. Page grając na gitarze pokazał, że idealnie potrafi przekazywać dźwiękiem rózne emocje. Kolejna na płycie jest instrumentalna miniaturka, czyli "Black Mountain Side", będąca instrumentalną wersją folkowej piosenki ludowej""Blackwaterside". Po nim nastepuje "Communication Breakdown", czyli jeden z największych hitów Led Zeppelin. Kawałek oparty na mocnej i ekspresyjnej grze sekcji rytmicznej, ciężkim(jak na owe czasy riffie Page'a i krzykliwym wokalu Roberta Planta. "Your Time Is Gonna Come", czyli świetny popis Jonesa na organach Hammonda, które nadają temu kawałkowi niepowtarzalny klimat. Płytę kończy "How Many More Times" rozpoczynające się od jazzującej sekcji rytmicznej.

Ciężko uwierzyć, że na nagranie tak fenomenalnego krążka zespół miał tylko 30h. Z pewnością jeden z najważniejszych albumów w historii rocka. Kto nie słyszał, niech się wstydzi i słucha, bo omija go porcja muzyki na najwyższym poziomie.


Ostatnio edytowano 31 paź 2012, o 09:50 przez Lalena, łącznie edytowano 2 razy

Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re:
PostNapisane: 23 lis 2012, o 00:22 
Endless Forms Most Beautiful
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 16 wrz 2005, o 21:32
Posty: 4487
Lokalizacja: Przed monitorem
80. Gamma Ray - Land Of The Free (1995; power metal)


Obrazek

Dawno nic nie było proponowane z tego gatunku, w ogóle ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że ten temat się dość monotematyczny robi (co jest nieuzasadnione, bo dobra muzyka =/= monotematyczność), ale warto wrócić do gatunku (euro) power metalu, który tutaj o dziwo rzadko się pojawiał. Pozwoliłem sobie zacząć od Gamma Ray, bo ich akurat słucham, to raz, a dwa - "Land Of The Free" to jedyna płyta w ich dorobku, która w pełni zasługuje na miejsce w tym zestawieniu. Wokalista i gitarzysta Kai Hansen po odejściu z Helloween, z którym nagrał 3 znakomite albumy (też tu się prędzej czy później znajdą ;)) wydał 3 płyty pod nowym szyldem, które miały swoje lepsze i gorsze momenty, ale jakiegoś znakomitego poziomu w żadnym wypadku nie osiągnęły.
Niespełna godzinny "Land Of The Free" to zupełnie inna bajka, co słychać już w pierwszym numerze, jednym z najlepszych (może najlepszym obok równie świetnego "Hand Of Fate"), jakie ten zespół w swojej historii nagrał. W sumie wszystkie zalety tego albumu można nakreślić właśnie na podstawie otwieracza płyty - charakterystyczny i niepowtarzalny wokal, wyśmienicie wyeksponowane przejścia między poszczególnyni częściami utworu połączone z genialnie dobranymi zmianami tempa, perkusyjno-gitarowe galopady, szaleńcze solówki, bardzo energetyzujące refreny, no i w pewnym sensie epickie i heroiczne zacięcie. Wiadomo, Virgin Steele czy Manowar to nie jest, nie ta działka, ale wydźwięk tej muzyki jest ewidentnie waleczno-bitewny. Tyczy się to zarówno takich hymnów jak "Man On A Mission", ale również takiego "Abyss Of The Void", gdzie perkusja wybija taki rzymsko-podniosły, militarny i typowo wojskowy rytm (moment w 0:50 i więcej nie trzeba tłumaczyć). Zresztą podobieństwo z typowo manowarowo-wagnerowskimi modulacjami (patrz np.: zwolnienie tempa w "Warriors Of The World", fragment od słów "If I should die in battle...") jest też słyszalne i można by się pokusić o przypuszczenie, że przynajmniej po części zamierzone. Wracając do "Land Of The Free", to absolutnie każdy powinien się zapoznać z pierwszym numerem na tej płycie. Miłośnicy powerowych klimatów pokochają od razu (o ile już tego nie zrobili), niektórzy może się przekonają do tego gatunku (bo w sumie niewiele jest utworów, które się do tego lepiej nadają), a jak komuś nie podejdzie, to raczej power metal w tym wydaniu nie dla niego.

_________________
https://www.musik-sammler.de/sammlung/sirivanhoe/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Re:
PostNapisane: 2 lut 2013, o 00:18 
Endless Forms Most Beautiful
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 16 wrz 2005, o 21:32
Posty: 4487
Lokalizacja: Przed monitorem
81. Pantera - Vulgar Display Of Power (1992, thrash/groove metal)

Obrazek

No i jednak przyszło mi pisać post pod postem. Ale to nie szkodzi, gdyż wybrałem sobie album znakomity, aczkolwiek tutaj rzadko wspominany i omawiany. Lata 90. dla thrash metalu, delikatnie mówiąc, świetne nie były. Wystarczy sobie wziąć praktycznie dowolny klasyczny zespół z tego gatunku i puścić jakiś album nagrany przez niego w tym czasie. Na jakieś 95% usłyszymy albo jakieś nieudane eksperymenty z innymi stylami albo znaczną obniżkę formy w stosunku do płyt z poprzedniej dekady. Oczywiście istnieje też spora szansa, że nie usłyszymy nic ze względu na to, że zespół się rozpadł i nie wydał żadnej płyty w tych czasach, w których grunge kompletnie zdominował scenę rockową (w szerszym tego słowa znaczeniu), a w dodatku pojawiły się zupełnie nowe style muzyczne. Takie przedsięwzięcie nie ma więc za bardzo sensu,

Możemy jednak sięgnąć po zespół, który wydał w latach 80. 4 płyty z lepszymi i gorszymi momentami (te gorsze jednak dominowały), po których nastąpił totalny przełom w postaci "Cowboys From Hell". Jeśli spojrzeć na oficjalną stronę tego zespołu, to można odnieść wrażenie, że od tego krążka zaczynali grać, ale wrażenie to myli, gdyż do poprzednich płyt się po prostu nie przyznają. Jednak dawny ich dorobek nie ma tu żadnego znaczenia, wszystko co nagrali od roku 1990 rehabilituje wszystkie poprzednie wpadki, gdyż Pantera lat 90. to najbardziej wpływowy, innowacyjny i oryginalny zespół tej dekady jeśli chodzi o bardziej ekstremalne formy metalu (czyli np. bez tradycyjnego hard/heavy czy symphonic).
Najlepszym dowodem na to jest właśnie "Vulgar Display of Power" (choć poprzednik czy "The Great Southern Trendkill" też są bardzo dobre, ten ostatni jest w sumie tak samo dobry, ale jego zalety są nieco inne), czyli "Reign In Blood" lat 90. Oczywiście nie twierdzę, że ten album to jakiekolwiek udoskonalenie tego klasycznego albumu Slayera, gdyż te 2 krążki należy rozpatrywać pod innym kątem a nie porównywać ze sobą bezpośrednio. Jednak prawda jest taka, że wpływ jednego i drugiego jest podobnie głęboki i szeroki. O wpływie "RiB" mowa była już tutaj często, słówko więc o Panterze. Dobra, nawet nie trzeba nic pisać. Wystarczy przesłuchać "Vulgar Display of Power", a potem wziąć się za dowolny zespół pokroju Machine Head, Lamb Of God, Fear Factory, Korn czy nawet System of a Down (jakiś metalcore, groove metal, ewentualnie nu czy nawet czasem melodeath, do wyboru, do koloru) i szukać z lupą co z riffów nie jest podpierniczone od Pantery. Nieco uprościłem, ale wiecie o co chodzi. :)
Pod każdym względem, czy będzie to agresja, produkcja, struktura kompozycji czy nawet ubiór muzyków (numetalowi skejci z dredami do dzisiaj ten styl kopiują...) Pantera zdefiniowała tutaj praktycznie wszystko co po niej w tych klimatach nastąpiło (zupełnie jak Slayer nieco ponad 5 lat predzej!). Tzw. groove muzyczny, pojęcie często używane bez ładu i składu słychać najlepiej po niespełna 15 sekundach tego krążka, oczywiście przy odpowiedniej głośności. Do tego następujące po sobie partie riffów w takim "A New Level", totalnie wściekły Anselmo, hipnotyzująco-transowe bębny - to wszystko powoduje, że nie chce się sięgać po jakiekolwiek fachowe określenia, gdyż jest to zupełnie niepotrzebne. Wystarczy pozbierać szczękę z podłogi!

Poza pierwszą dwójką z tej płyty najbardziej reprezentatywne są chyba jeszcze "Regular People", "Walk" "Fucking Hostile", "This Love" i... dobra, to nie ma sensu, wymieniłem ponad połowę płyty.

_________________
https://www.musik-sammler.de/sammlung/sirivanhoe/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 4 lut 2013, o 17:28 
Once
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 1 sie 2007, o 21:40
Posty: 1133
Lokalizacja: podobno z Polski
82. Diamond Head - Lightning to the Nations (1980, heavy metal - NWOBHM)

Obrazek

Nagrany jeszcze w 1979 roku, wydany w 1980 album brytyjskich mistrzów (tudzież mistrzów jednej płyty ;) ) Nowej Fali jest w moim odczuciu jednym z najlepszych heavy metalowych wydawnictw i jedno z największych, obok British Steel i Ace of Spades wiadomych kapel, dokonań z tamtego okresu. Rzekomo NWOBHM tworzył podwaliny pod m. in. thrash i speed metal (prosiłbym kogoś bardziej obeznanego o ustosunkowanie się do tej tezy czy aby moja teoria nie jest bluźniercza) no i coś musi być na rzeczy - Lightning to the Nations aż tryska soczystymi solówkami, przewspaniałymi pełnymi mocy mięsistymi a przede wszystkim ciekawymi riffami, dobrą perkusją, chwytliwymi tekstami i charakterystyczną spójną pracą sekcji rytmicznej. Utwory takie jak "Am I Evil?" "It's Electric" czy "Helpless" (z resztą wiele kapel zrzynało z Diamond Head ;) ) powinny być znane każdemu ( ;) ) ale polecam cały krążek, który uważam za pozycję obowiązkową dla każdego kto obcuje z ciężką muzyką albo kto po prostu lubi NWOBHM'ową klasykę. Moje ulubione to pierwszy przeze mnie wspomniany, tytułowy oraz szalenie chwytliwy "The Prince". 9,5/10

Całość do odsłuchania m.in. tutaj:
http://www.youtube.com/watch?v=GZAEqK88plM


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 9 lut 2013, o 22:27 
Oceanborn
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 23 sty 2013, o 21:28
Posty: 147
Lokalizacja: Imaginaerum
83. Avantasia - Metal Opera I & II (2001-2002, Power/Symphonic Metal)

Obrazek

W 1998, Tobias Sammet - wokalista niemieckiego zespołu powermetalowego Edguy,stworzył projekt zwany Avantasia. Nazwa ta oznaczała (stworzoną przez samego Sammeta) krainę, inny wymiar. Ich dwie, pierwsze płyty - Metal Opera I & II zostały utworzone w formie albumów kompilacyjnych. Opowiadają historię Gabriela, nowicjusza klasztoru dominikanów. Gdy pewnego razu, po tym jak dowiedział się, że jego przyrodnia siostra Anna została posądzona o wykonywanie czarów i próbie jej uwolnienia, zostaje przyłapany na studiowaniu zakazanych ksiąg jego życie nagle się zmienia. Zostaje zatrzymany w lochu i dowiaduje sie o innym wymiarze - Avantasii, której będąc strażnikiem otrzyma pozwolenie na ucieczkę ze swą siostrą. Czy wszystko im się uda pomyślnie?
Cała historia została zapisana w formie tekstu w pięknie skomponowanych utworach. Warto posłuchać !!

Metal Opera I http://www.youtube.com/watch?v=tehLxBxD7RQ
Metal Opera II http://www.youtube.com/watch?v=Nqqr--_eYKQ

_________________
(...)czy to prawda,ze glanów nie mozna prac w pralce?Kimka
=============
The play is done
The curtain's down !


Ostatnio edytowano 10 lut 2013, o 19:53 przez Dave_MaxXx, łącznie edytowano 3 razy

Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 10 lut 2013, o 14:52 
Once
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 1 sie 2007, o 21:40
Posty: 1133
Lokalizacja: podobno z Polski
84. Voivod - Nothingface (1989, progressive thrash metal)

Obrazek

Piąty z kolei krążek kanadyjskiej thrash metalowej supergrupy, który uważam za ich szczytowe osiągnięcie. Wbrew pozorom Nothingface z thrash metalem ma niewiele wspólnego, więc fani łojenia się zawiodą - zespół bowiem brzmi o wiele "lżej" w porównaniu do wcześniejszych wydawnictw ALE.
Po wielu odsłuchaniach tego albumu pojąłem jego fenomen, jest to muzyka bardzo trudna w odbiorze i ciężka do oceny. No właśnie, przejdę do meritum, czyli muzyki. "Mózgiem" ekipy był nieżyjący już Denis „Piggy” D’Amour - wyśmienity wioślarz, twórca wielu dziwnych ale doskonałych chwytów na gitarę. Słychać to w każdej sekundzie gry, niezwykła przestrzeń i swoboda, sporo ciekawych "jazzowatych" riffów, niesłychana precyzja i poczucie rytmu, no po prostu dla mnie perfecto! Bass również ściele się gęsto gdzie wraz z totalnie (pozytywnie) popierdoloną perkusją tworzą sekcję doskonałą a całości futurystycznego akcentu dodaje snujący się wokal "Snake'a", który wyśpiewuje i niekiedy po prostu wymawia bardzo oryginalne liryki. Nie ma chwili wytchnienia, cały czas coś się dzieje i hipnotyzuje. Tak więc jak w przypadku wielu supergrup grających prog, tak i na Nothingface każdy z muzyków ma swoje 5, a właściwie czterdzieści pare minut, popisów i instrumentalnych fajerwerków. Jak można podsumować? Płyta wybitna, pozycja obowiązkowa dla fanów progresywnego grania (a u nas ich sporo na forum jest przecież, więc liczę na jakąś dyskusję i wrażenia) ale i nie tylko - dla thrashowych headbangerów też. W sumie dla wszystkich, którzy cenią sobie muzykę na poziomie.
Arcydzieło i absolutne 10/10


Całość do odsłuchania np. tutaj:
http://www.youtube.com/watch?v=cz6xP5Kad0Y


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 11 lut 2013, o 19:00 
Imaginaerum
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 lut 2009, o 20:00
Posty: 2168
85.Possessed-Seven Churches (1985,thrash metal/death metal)


Obrazek



Possessed to powstały w Californii zespół uznawany za pionierów death metalu. W 1985 roku zespół wydał swój debiutancki album- 'Seven Churches'. Nazwa zespołu pochodzi od niezbyt popularnego amerykańskiego horroru. Zespół nigdy nie krył fascynacji kapelą Venom. Opętańcze riffy i tematyka tekstów będąca nawiązaniem do twórczości Venom. Jeżeli chodzi o scenę kalifornijską był to zespół, który zdecydowanie odróżniał się od powstałych tam Megadeth, Testament czy Metalliki.

'Seven Churches' jest uznawany za najważniejszy krążek Amerykanów oraz za jeden z kamieni milowych jeżeli chodzi o ciężką muzykę. Charakterystyczny gardłowy wokal Jeffa Beccery, który potem został nazwany growlem. Płyta mocno zakorzeniona w thrashu, pozbawiona bulgoczącym wokali, niewiele blastów. Growl bardziej przypomina growl Schuldinera z Death niż rzygający bulgot. Krążek muzycznie blisko usytuowany obok debiutu Death- 'Scream Bloody Gore'

The Exorcist to utwór rozpoczynający krążek. Intro utworu to fragment Oldfieldowych ' Tubular Bells'. Po niespełna 30-sekundach rozpoczyna się prawdziwa rzeź. Inspiracją do otwierającego płytę numeru był film 'Egzorcysta'. Natomiast utwór, który kończy płytę to 'Death Metal', czyli kawałek od którego tytułu nazwę wziął cały gatunek. Death Metal to prawdziwy hymn i podsumowanie death metalu.

'Seven Churches' w skrócie: 40 minut grania, czyli 10 piekielnych kawałków. Płyta której trzeba posłuchać!
'Seven Churches czyli 40 minut czystej agresji w pięknej formie.

Jeszcze na koniec cytat Chucka Schuldinera o Possessed:

'Possessed was different from all the other bands who were coming out at that time. They weren't pure noise, and they attempted to incorporate a lot of different musical ideas into their songwriting, not just rehash the same thing. They were into progressing as a band, which paved the way for other groups to expand their sound and do different things. '


To właśnie po usłyszeniu demówki Possessed Schuldiner uświadomił sobie co chce grać i w jaki sposób. Possessed to zespół, który stał się inspiracją dla wielu deathowych kapel i dał solidne podwaliny pod nowy gatunek o nazwie- death metal.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 11 lut 2013, o 21:47 
Imaginaerum
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2 gru 2008, o 19:09
Posty: 2917
Lokalizacja: Wawka
86. Mayhem - Deathcrush (1987, black metal)
Obrazek


Płyta, która pewnie doczekała się niejednego ołtarzyka w true blackmetalowym domu. Nazwa Mayhem oraz z nim związani bezdyskusyjnie wpisali się w niechlubną historię black metalu. A wszystko zaczęło się, kiedy "Deathcrush" ujrzało światło dzienne (nocne). Zakończyła się właśnie I fala black metalu pod szyldem Venom, Celtic Frost, Hellhammera czy Mercyful Fate, którzy czystego blacku wprawdzie nie grali, ale dali podwaliny pod ten gatunek (osobno należy traktować Bathory, które rozwijało się niejako poza tamtą czwórką). I wtedy właśnie wkroczyli Euronymous, Maniac, Necrobutcher i Mainheim (Dead dołączył do nich niedługo potem) z EPką "Deathcrush", która zapoczątkowała znany już na całym świecie nurt norweskiego black metalu.

Płyta zaczyna się dość niewinnie, ambientowo, intrem "Silvester Anfang" autorstwa Conrada Schnitzlera, by przejść od razu do gwoździa programu, czyli tytułowego "Deathcrush". Zaczyna się charakterystycznym riffem, po którym następuje wejście wokalu (Maniac) - jego opętańcze krzyki, tak fajnie nagrane jakby dochodziły do nas z głębi jakiejś otchłani (tak sobie to wyobrażam), będą nam towarzyszyć aż do końca. EPka jest o tyle ciekawa, że przez ten krótki czas nie mamy ciągłej, szaleńczej nawalanki, są zmiany tempa, może być wolno i przytłaczająco (trochę jak w Celtic Frost) oraz szybko i brutalnie (jak w Venom). Taką muzykę a la właśnie CF napotykamy w "Chainsaw Gutsfuck", które z kolei sławne jest z powodu swojego odrażającego tekstu :D Następnie mamy podkręcony cover Venom "Witching Hour", a po nim "Necrolust" (w którym zmianę tempa widać chyba najlepiej), najszybszy i najbrutalniejszy na płycie. Całość zamyka "(Weird) Manheim/Pure Fucking Armageddon" czasem traktowany jako dwa oddzielne kawałki, ale raczej częściej jest łączony w jeden. Mamy znowu ambientowy, hipnotyzujący początek, po którym wchodzi gitara oraz Maniac. Jest coraz szybciej i szybciej. Kawałek kończy się okrzykiem "Pure fucking armageddon!!!", który wg mnie jest adekwatnym podsumowaniem całego albumu.

Ciekawostka: Wg Encyclopaedia Metallum utwór tytułowy był coverowany aż 200 razy (w tym 3 razy przez naszego rodzimego Behemotha): http://www.metal-archives.com/search?searchString=deathcrush+mayhem&type=song_title

Ogółem: 6 utworów, 18 i pół minuty - pure fuckin' black metal. Zapraszam do słuchania.

_________________
Manogerls newer sikajoooooom! :D
Daviduzz napisał(a):
Jak będzie straszna pogoda, lało, wiało, duszno i porno :)

VAGINAERUM! A DREAM EMPORIUM!

Turn loose the bladder and piss calm.

Rise of Perła and Gomorrah!


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 12 lut 2013, o 18:11 
Imaginaerum
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 lut 2009, o 20:00
Posty: 2168
87. Messiah- Extreme Cold Weather (1987,black/death/thrash metal)

Obrazek


Messiah to obok Coroner czy Potergeist jeden z najbardziej wpływowych szwajcarskich zespołów ocierających się o thrash, czyli pewnego rodzaju szwajcarska awangarda thrashowa. W 1987 został wydany drugi długograj Szwajcarów, czyli 'Extreme Cold Weather'. Niech nikogo nie zmyli niepozorna okładka z wielkim, białym miśkiem polarnym na pierwszym planie. 'Extreme Cold Weather' to kwintesencja prostego i brutalnego death/thrash w najczystszej postaci.


Krążek rozpoczyna utwór tytułowy o wolnym lekko doomowym wstępie, który przekształca się utrzymaną w średnio szybkim tempie nawalankę wzbogaconą o liczne zmiany tempa. Kolejny utwór to 'Enjoy Yourself' w którym wolne partie przeplatają się z szybszymi partiami. Kawałek, który mógłby pod względem nastroju uchodzić za hymn dedykowany końcowi świata. Kolejnym utworem na płycie jest 'Johannes Paul der Letzte (Dedicated In Hope To Pope John Paul II)' – utwór o dość jednoznacznym tytule. Tekst utworu jest jawną krytyką polityki kościoła katolickiego, zarzucającą szlachetne idee pod którymi kryja się w większości przypadku kłamstwa. Kolejnym utworem jest 1.5minutowy 'Mother Theresa (Dedicated In Love To Mother Theresa) będący instrumentalną miniaturą nawiązująca do ambientu. 'Hyper Borea' jest to kolejny instrumentalny utwór na płycie nawiązujący do black metalu z ciekawymi zmianami tempa oraz przepełniony dramaturgią.. Szwajcarzy pokusili się także o interpretację o własna interpretację 'Marszu Radeckiego' piewrotnie skomponowanego przez Straussa Radezky March'. Trzeba przyznać,że Szwajcarska wersja robi dośc pozytywne wrażenie. Płytę natomiast kończy ' Nero'- kawałek o dość ładnym aczkolwiek nieskomplikowanym intrze po którym następuje istna nawalanka połączona z wściekłym wokalem '.

Dużym atutem płyty jest surowe i garażowe brzmienie idealnie podkreślające przygnębiający klimat płyty. Dodatkowo ważnym aspektem są antyklerykalne teksty, które idealnie wpasowują się w muzykę jaką serwują Szwajcarzy. Płyta, która zdecydowanie na tle ówczesnej muzycznej konkurencji się wyróżniała. 'Extreme Cold Weather' to brutalność w czystej postaci podana w otoczce surowego brzmienia pod postacia prostych jak cep kompozycji.


Podsumowując: Krążek, który z pewnością warto przesłuchać chociażby ze względu na to, aby się orientować odnośnie tego co w latach 80 się wyróżniało oraz w celu poznania jednego z najbardziej znaczących szwajcarskich zespołów metalowych XX wieku.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 13 lut 2013, o 17:52 
Once
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 1 sie 2007, o 21:40
Posty: 1133
Lokalizacja: podobno z Polski
88. Entombed - Left Hand Path (1990, death metal/NWOSDM)

Obrazek


Debiutancki krążek tej doskonałej szwedzkiej grupy i jeden z najwyżej ocenianych w ich dorobku. Wszystkie 12 pierwotnie znajdujących się tutaj tworów to death metal w najczystszej postaci, stanowiący poniekąd alternatywę dla tego typu grania zza wielkiej wody - prędzej jednak dopatrywać się tu bowiem można wplecionych elementów punka (np. "When Life Has Ceased", "Revel In Flesh") a nie (jak zazwyczaj) thrashowego charakteru - jest przede wszystkim wolniej i bardziej melodyjnie, stąd też pojęcie NWOSDM (analogicznie do NWOBHM, choć to pierwsze w niektórych kręgach działa jak płachta na byka, ale tak się przyjęło i tego się używa) ;)

Reek of christianity
Down of obscuration
The birth of insanity
And death to liberation


Co do samej muzyki - niezbyt skomplikowana struktura utworów owocująca chwytliwymi riffami. Co jednak najbardziej charakterystycznego? Przede wszystkim bardzo niski przester gitar, co czyni brzmienie majestatycznym i potężnym a także, wraz z niezbyt licznymi partiami klawiszy, krzykami, odgłosami spadających kropli wody, nadaje całości iście grobowego klimatu, niezwykle mięsisty bass, potężny growl Petrova, okultystyczne i mroczne teksty, trochę fajnie zaaranżowanych solówek (szczególnie ta z końcówki tytułowego utworu), dobra perkusja.
Podsumowując - doskonała produkcja. Jedno z najważniejszych death metalowych wydawnictw, absolutny must know dla obcujących z gatunkiem (odnotowałem osobiście wśród kilku zagorzałych death metalowców brak znajomości czegoś z gatunku ze Szwecji a Entombed to już całkiem :lol: ) ale poleciłbym wszystkim związanym z ciężką muzyką. "No fillers, only killers" ;)

Całość do odsłuchania m. in. tutaj:
http://www.youtube.com/watch?v=0YLJWhpZsoA


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 14 lut 2013, o 23:26 
Oceanborn
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 3 gru 2011, o 16:49
Posty: 241
Lokalizacja: Rzeszów
89. Queen - A Night At The Opera (1975, Roc/Art Rock/Prog Rock)
Obrazek
Chyba najbardziej znany i najwspanialszy album brytyjskiej legendy rocka-zespołu Queen (wyżej jedynie może być Queen II).
Album jest połączeniem stylów znanych z dwóch poprzednich albumów-prog rockowej obfitości z Queen II i przebojowości z Sheer Heart Attack, które w połączeniu ze sobą dały dość skomplikowany materiał, a jednocześnie na tyle przyswajalny dla masowego odbiorcy, że album stał się hitem i nie bez powodu uznawany jest za jeden z najwspanialszych albumów wszechczasów. Równie dobrze na tym momencie mógłbym skończyć opisywać ten album, bo ten po prostu broni się sam.
Na albumie znajdziemy sporo stylów od rockowej progresji w kompozycji otwierającej album-„Death On Two Legs” (z dedykacją w podtytule dla byłego agenta zespołu) poprzez ballady takie jak „Lazing On Sunday Afternoon(od samego początku słychać spore poczucie humoru w tej kompozycji) „’39”, czy oczywiście obowiązkowy punkt każdego koncertu „Love Of My Life” (typowa ballada Frediego), troszkę ostrzejsze „You’re My Best Friend” Rogera, rockowe „Sweet Lady” oraz zalatujące jazzem „Good Company” oraz latami 20 „Seaside rendez-Vous”, aż po dwa epickie utwory łączące chyba wszystkie style grane przez Queen w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych, czyli „Bohemian Rhapsody” i „The Prophet’s Song”. Album zamyka gitarowa wersja hymnu Wielkiej Brytani-„God Save The Queen”.
Chyba na tym forum nie ma osoby, która by nie słyszała rock opery „Bohemian Rhapsody”, który to stał się najpopularniejszym utworem brytyjskiego zespołu oraz został uznany w 2002 roku za najlepszy brytyjski singiel wszechczasów. Jest to dobry przykład na to, że żeby stać się hitem utwór wcale nie musi być prosty w odbiorze, bo takim BR na pewno nie jest. Drugim wielkim utworem (choć niestety mniej docenianym) jest epicki utwór napisany przez Brian’a „The Prophet’s Song”. Utwór ze świetnym tekstem, który w połączeniu z muzyką i wokalami jest po prostu arcydziełem (w mojej opinii najlepszy utwór z tej płyty i w ogóle w całej dyskografii).
Podsumowując ta płyta nie ma słabych momentów i każdy jest warty uwagi i wielokrotnego przesłuchania :wink: . Chyba nikt się nie sprzeciwi, że nota 10/10 to najmniejsza możliwa nota na jaką można ocenić tę płytę.

_________________
All that great heart lying still
In silent suffering
Smiling like a clown until the show has come to an end
What is left for encore


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 21 lut 2013, o 01:49 
Oceanborn
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 3 gru 2011, o 16:49
Posty: 241
Lokalizacja: Rzeszów
90. Queen - Innuendo [1991, Rock/Art Rock]
Obrazek
Był już Queen II, był już A Night At The Opera, to też nie może zabraknąć i albumu Innuendo, który jest niewiele gorszy od nich (niektórzy uważają, że lepszy) i który jest nawiązaniem do stylu znanego z tamtych płyt, tylko w odświeżonej formie.
Płyta jest najbardziej dojrzałym albumem brytyjskiej formacji, choć nie brakuje też elementów humorystycznych podobnie jak to było na A Night At The Opera. W porównaniu do wcześniejszych dzieł zespołu płyta jest bardzo wyrównana i następujące piosenki mają swoje logiczne następstwo mimo zmian brzmień i nastrojów, krótko mówiąc wydaje się koncept albumem. W końcu nagrywaniu płyty towarzyszyła postępująca choroba Frediego i teksty w większości są dojrzałe, mówiące o egzystencji. Sami członkowie ponoć wypierali/wypierają[?] się tezy że tekstowo płyta jest o Fredim, ale ciężko nie znaleźć analogi.
Album otwiera „Innuendo”,. Tekstowo najdojrzalsza kompozycja Rogera, która też uważana jest za najdojrzalszą kompozycję rockową w historii muzyki. Muzycznie kawałek też jest świetny, tajemniczy, mroczny, smutny, warto wspomnieć o świetnie wkomponowanym w utwór motywie hiszpańskim ze świetną solówką Steve’a Hove’a z Yes, następnie nawiązanie do opery-chóry i następnie jeszcze lepsza solówka Brian’a [Warto też wspomnieć o ciekawym teledysku za który był odpowiedzialny wytwórnia Disney’a]. Kolejnym punktem jest „I’m Going Slightly Mad” napisane przez Friediego. Utwór dość nietypowy z jednej strony zalatujący troszkę „mrokiem” z drugiej strony nieco zabawny (przy teledysku to już w ogóle nie da się nie śmiać). Następne May’a rockowe „Headlong”, kompozycja dynamiczna i chwytliwa- no i czego chcieć więcej :wink:? „I Can’t Live With You” ot kolejny miłośny kawałek świetnie nadająca się na koncertowy i radiowy przebój Queenu (taki żywszy odpowiednik „Love OF My Live”, tyle, że z tekstem Brian’a). Kolejny utwór i kolejna prawdziwa perła na płycie to ballada Frediego „Dont Try So Hard”, krótko opisując bardzo przejmująca i ze świetnym solo May’a. Kolejny utwór Rogera „Ride The Wild Wind” jest dla odmiany pozytywny, tak jak i następny All God’s People” Frediego. „These Are The Days Of Our Live” utwór, który Roger uważa za swój najlepszy liryk. Krótko opisując swoiste podsumowanie, postawienie ostatniej kropki… ze smutną muzyką i kolejnym świetnym solo Brian’a. Kolejny utwór to humorystyczny akcent Frediego „Delilah”, czyli utwór napisany [dla swojego] o swoim ulubionym kocie, ze świetną gitarą naśladującą…miauczenie.. tak miauczenie, jeden z ciekawszych wśród nietypowych utworów Brytyjczyków i być może najlepszy(wśród nich). Kolejny The Hitman to jeden z ostrzejszych utworów zespołu (ostrzejszy niż „Hammer To Fall”). Następnie przechodzimy do świetnych popisów May’a w kompozycji „Bijou” z króciutkim acz emocjonującym miłosnym tekstem. No i na zakończenie płyty piosenka, którą chyba wszyscy znają, więc nie trzeba jej streszczać-„Show Must Go On”, choć co może wydawać się zaskoczeniem tekst jest Brian’a, a nie Frediego.
Podsumowując świetna muzyka, świetne teksty, i ambitne i te z przymrużeniem oka i coś chwytliwego do pośpiewania też się znajdzie. Krótko mówiąc każdy znajdzie coś na tej płycie dla siebie. Płytce należy się ocena 10/10, choć w wielkiej trójce Queenu postawiłbym ją na ostatnim podiumowym miejscu.


„My soul is painted like the wings of butterflies.
Fairytales of yesterday will grow but never die.
I can fly my friends!

Show must go on!
Show must go on!”

_________________
All that great heart lying still
In silent suffering
Smiling like a clown until the show has come to an end
What is left for encore


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku Przejdź na stronę <<  1 ... 3, 4, 5, 6, 7  >>

Strefa czasowa: UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
cron