[phpBB Debug] PHP Notice: in file [ROOT]/includes/functions.php on line 4655: Undefined index: WHO_WISITED_TODAY
Ocean Souls • Zobacz wątek - 1001 albumów


Zaloguj | Zarejestruj


Strefa czasowa: UTC + 1


Teraz jest 27 lis 2022, o 02:59




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku Przejdź na stronę <<  1 ... 3, 4, 5, 6, 7
Autor Wiadomość
PostNapisane: 11 mar 2013, o 21:07 
Endless Forms Most Beautiful
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 16 wrz 2005, o 21:32
Posty: 4487
Lokalizacja: Przed monitorem
91. Saint Vitus - Born Too Late (1986, doom metal)

Obrazek

Every time I'm on the street
People laugh and point at me
They talk about my length of hair
And the out of date clothes I wear

They say I look like the living dead
They say I can't have much in my head
They say my songs are much too slow
But they don't know the things I know


To jest doom metal. Klasyczny, epicki, majestatyczny i wolny. Naprawdę wolny, co słychać na przykład w tym pierwszym genialnym numerze, czyli utworze tytułowym, który może uchodzić (i uznawany jest) za hymn całego gatunku. Dlatego też ten krążek nadaje się idealnie do tego zestawienia, gdzie doomu było dotychczas jak na lekarstwo. Na tej fenomenalnej (rzadko używam tego typu sformułowań, więc wiecie co się święci) płycie mamy wolne metrum w okolicach prawidłowego ludzkiego tętna, nawet trochę poniżej czasem (albo inaczej rzecz ujmując: prawidłowego dla sportowców), metrum 4/4 bez udziwnień i wolne, całonutowe riffy oparte na power chordach. To jest jedno oblicze, widoczne najlepiej w pierwszym numerze z płyty, który każdy powinien znać. Bezwarunkowo. Ale jest też inne - hipnotyczne, transowe i uwodzicielskie, pełne, no właśnie, pełne charakterystycznego, mesmeryzującego groove'u. Nie takiego jak u Pantery oczywiście. "Dying Inside" - refren i partia gitary prowadzącej koło trzeciej minuty to najlepsze przykłady na to jak to w praktyce się prezentuje. Mamy też szybkie solówki - choćby w pierwszym numerze, co daje kontrast i urozmaicenie w pozornie monotematycznym gatunku.

Płyta jest wybitna, pisanie o niej esejów jej dodatkowej chwały nie przyniesie, bo dobra muzyka broni się sama, natomiast czas przeznaczony na jej słuchanie to wyśmienita inwestycja. Więc lepiej odpalić i odpłynąć.

_________________
https://www.musik-sammler.de/sammlung/sirivanhoe/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 6 kwi 2013, o 21:50 
Dark Passion Play
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 26 wrz 2008, o 17:48
Posty: 1295
92. The Cure - Pornography (gothic rock, 1982)

Obrazek

It doesn't matter if we all die – tymi słowami zaczyna się czwarty studyjny album The Cure, od razu nie pozostawiając wątpliwości, z jaką muzyką przyjdzie nam mieć do czynienia. Ktoś napisał o tym krążku, że jego słuchanie jest jak wycieczka na samo dno piekła – i to podsumowanie pasuje do niego idealnie. Ta płyta to przede wszystkim dogłębne studium skrajnie negatywnych ludzkich emocji, tym bardziej przemawiające do słuchacza, że całkowicie autentyczne.

Pornography to bowiem zwieńczenie tzw. "mrocznej trylogii", do której należą jeszcze albumy Seventeen Seconds i Faith - kontynuacja idei i stylistyki rozwijanej na tych dwóch poprzednich płytach, jednak doprowadzająca je wręcz do ekstremum. Krążek nagrywany był przez zespół na krawędzi rozpadu, pisany w sporej części pod wpływem narkotyków i w okresie, kiedy cała trójka muzyków zmagała się z depresją i innymi problemami psychicznymi - i wszystkie te okoliczności odcisnęły znaczące piętno na jego muzycznej zawartości. Nie ma zbytniego sensu szczegółowe rozpisywanie się tutaj o kompozycjach czy technicznych umiejętnościach muzyków - tym, co o sile tej płyty stanowi, jest przede wszystkim jej klimat. Ciężki, posępny, mroczny, ocierający się momentami o psychodelię. Budowany przez mocno wysuniętą do przodu sekcję rytmiczną, zwłaszcza gęste partie basu, posępne klawiszowe tła, zatopione w pogłosie, jakby dobiegające z oddali brzmienie gitary i charakterystyczny jękliwy wokal frontmana Roberta Smitha. Tu i ówdzie pojawiają się dziwne, "połamane" partie smyczkowe ("Cold") czy tajemnicze, zniekształcone głosy (utwór tytułowy), jeszcze pogłębiając depresyjny nastrój albumu.

Pojawia się wiele opinii, że to płyta wręcz zbyt intensywna, zbyt chaotyczna, że starcie o tytuł najlepszego albumu The Cure przegrywa z pięknym, melancholijnym, o wiele bardziej wyważonym Disintegration. Moim zdaniem jednak – w odróżnieniu od tego drugiego - Pornography to krążek, obok którego trudno przejść obojętnie, a warto się z nim zapoznać tym bardziej dlatego, że jest jedną z ważniejszych płyt w historii gatunku.

_________________
If we burn our wings flying too close to the sun
If the moment of glory is over before it's begun
If the dream is won, though everything is lost
We will pay the price, but we will not count the cost


"Sikasz? Bo polityk nie." :lol:


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 9 kwi 2013, o 20:58 
Imaginaerum
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 lut 2009, o 20:00
Posty: 2168
93. Tormentor – Anno Domini (1988, Black Metal)
Obrazek


Tormentor, czyli prawdziwy i rasowy black metal prosto z Węgier. Anno Domini to debiutancki album zrealizowany przez węgierski zespół Tormentor z Attilą Csihar na czele znanego chociażby z Mayhem i udzielającego się chociażby w Sunn 0))). Początkowo krążek nie mógł zostać nagrany w macierzystym kraju muzyków ze względu na panujący tam komunizm i dlatego płyta została nagrana w Norwegii. Anno Domino (z łac. Roku Pańskiego) zaliczany jest obok Bathory, Celtic Frost czy chociażby brazylijskiego Sarcofago do najlepszych krążków jeżeli chodzi o pierwszą falę Black metalu.

Krążek rozpoczyna stonowane, posępne wręcz grobowe instrumentalne minutowe intro zaczerpnięte z starego filmu „Phantasm” z powodu na swoją posępną atmosferę. Takie utwory jak: „Damned Grave”, „In Gate Of Hell”, „Transylvania” oraz „Tormetor” są pokazem brudnej blackowej szkoły opartej na szybkich perkusyjnych blastach oraz ostrych gitarowych riffach. „Elisabeth Bathory” sprawia wrażenie najbardziej przemyślanej kompozycji na płycie. Lekko epicka, roztacza wokół chorobliwy i złowieszczy klimat. Bardzo zróżnicowany utwór wypełniony licznymi zmianami tempa. Takie „Heaven” na przy pierwszym odsłuchaniu brzmi dość chaotycznie, ale po kilku przesłuchaniach łatwo zauważyć wpływy z starego Slayera. „Tormentor II” rozpoczyna się od riffu, który spokojnie mógłby znaleźć się na płycie Mercyful Fate. Nienawistne wokale,chaotyczna perkusja gdzieś w oddali potęgują mroczny klimat płyty. Kolejny utwór to „Trance” z zawartymi złowrogimi krzykami oraz śmiechem wyjętym wprost z horroru.

Podsumowując: Kto nie zna, niech biegnie do muzycznej wypożyczalni. Płyta będąca kwintesencją Black metalu w najczystszej (przepraszam najbrudniejszej postaci) i przy okazji stanowiącą jedną z ciekawszych pozycji. Pełna niespodzianek i zaskakująca swoją innowacyjnością jak na owe czasy.
Serdecznie Polecam!


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 18 sie 2013, o 22:49 
Endless Forms Most Beautiful
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 12 kwi 2008, o 17:30
Posty: 4305
94. Wicked (2003, showtunes)

Obrazek

I'm through accepting limits
'cause someone says they're so.
Some things I cannot change
but 'till I try, I'll never know!


"Wicked: The Untold Story of the Witches of Oz" to bodaj największy fenomen wśród musicali XXI wieku. Fabuła tego nawiązującego do klasycznej powieści L. Franka Bauma show traktuje o życiu Elfaby, Złej Czarownicy z Zachodu, od momentu jej poczęcia, aż po znane z "Czarnoksiężnika z Krainy Oz" wydarzenia związane z przybyciem do Oz Dorotki. Jak można się domyślić, zmiana perspektywy i przedstawienie kontekstu sprawiają, że znane wszystkim wydarzenia nabierają zupełnie innego wydźwięku.
Ale dość o fabule - skupmy się na właściwej treści tego wpisu, czyli muzyce. Soundtrack zawierający nagranie pierwotnej obsady na Broadwayu to ponad godzina znakomitej, zróżnicowanej muzyki będącej eklektyczną mieszanką popu, rocka, typowo musicalowych brzmień (szczególnie w częściach chóralnych) i bardziej symfonicznych fragmentów. Już wieloczęściowy utwór otwierający album, No One Mourns The Wicked zawierający w sobie orkiestralną uwerturę, chóry, solowe popisy Kristin Chenoweth i dość zaskakujący w kontekście podniosłego nastroju utworu lekki, figlarny duet aktorów drugoplanowych podczas sceny poczęcia Elfaby zapowiada wspaniałą muzyczną ucztę. Takich "progresywnych" utworów na płycie jest więcej - z lekka rockowe Dancing Through Life, rozpoczynające drugi akt i będące niejako przedłużeniem otwieracza Thank Goodness czy wreszcie kultowe już w pewnych kręgach Defying Gravity.
Największym atutem albumu są zdecydowanie dwie wokalistki wcielające się w role Elfaby i Glindy - odpowiednio Idina Menzel i Kristin Chenoweth. Dramatyczna, emocjonalna barwa głosu tej pierwszej jest fantastycznie kontrapunktowana lekką, frywolną barwą tej drugiej, co wyraźnie słychać w doskonale skomponowanych duetach pokroju powalających dynamizmem What Is This Feeling? i One Short Day czy wzruszającej balladzie For Good. Obie panie mogły też zaprezentować swoje nieprzeciętne zdolności wokalne w znakomitych solówkach (The Wizard And I, Popular, No Good Deed). Warto również przy wykonawcach wspomnieć o Norbercie Blutzu w roli Fyero, który potrafi swoim ciepłym głosem oczarować w Dancing Through Life czy pięknym (choć może nieco banalnym) duecie z Idiną As Long As You're Mine. Jedynym mankamentem obsady w moim przekonaniu jest sam Czarnoksiężnik, w którego wciela się Joel Grey - tak utwory, w których śpiewa, jak i sama barwa jego głosu wydają się ukłonem w stronę bardziej klasycznego Broadwayu, co średnio pasuje do pop rockowo - symfonicznej konwencji reszty soundtracku. Nie powiem, że źle śpiewa, ale jego solówka, Wonderful, jest zdecydowanie najsłabszym punktem albumu.
Pozostałe z wymienionych wyżej utworów to małe dzieła sztuki, ze świetnie napisanym tekstami (istotna kwestia w tym gatunku), świetnymi orkiestracjami, nierzadko zachwycające ciekawą kompozycją i wykorzystujące w stu procentach wybitnych wokalistów biorących udział w tym projekcie.

Dobra fabuła, znakomita obsada, ciekawe i rozbudowane kompozycje, zachwycające melodie - to wszystko składa się na prawdopodobnie najlepszy soundtrack musicalu, jaki w życiu słyszałem (a od dłuższego czasu intensywnie zapoznaję się z tym gatunkiem). Wydaje mi się, że jest to jedna z tych pozycji, które mogą zainteresować nie tylko fanów gatunku, ale także przekonać do tej formy tych, którzy dotychczas nijak w nim nie gustowali. Warto w tym momencie podkreślić że to łatwa muzyka. Wiele tu kawałków, które wpadną Wam w ucho już przy pierwszym przesłuchaniu. Nie jest to jednak jeden z tych albumów, które jednym uchem wpadną, a drugim wypadną - osobiście nie znam osoby, która raz pokochawszy "Wicked" po jakimś czasie by się nią znudziła.

_________________
Riding hard every shooting star
Come to life, open mind, have a laugh at the orthodox
Come, drink deep let the dam of mind seep
Travel with great élan, dance a jig at the funeral


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 23 sie 2013, o 11:30 
Angels Fall First
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 sie 2013, o 11:34
Posty: 76
Lokalizacja: Gołdap
95. The 3rd and the Mortal - Tears Laid in Earth (1994, gothic/doom metal)

Obrazek

I never thought I would feel this way
I never thought I would go this far
I never thought I would surrender
I never thought I would give in to you


Płyta w pewnym sensie przełomowa, jeśli chodzi o gotyk metal, który wtedy praktycznie dopiero się formował. No i przede wszystkim jest to pierwszy album poruszający się w tych klimatach wyłącznie z kobietą na wokalu, bez growli ani nawet "czystego" męskiego wokalu. Dopiero potem nadszedł "Mandylion" The Gathering, często mylnie nazywany właśnie taką płytą. Z tym, że to muzyka nie do końca taka jak na przełomowym krążku Holendrów. Na tym CD znajdują się dźwięki o wiele spokojniejsze, bardziej klimatyczne i okraszonone dużo delikatniejszym, subtelniejszym wokalem. Takie kawałki jak "Why So Lonely" czy "Atupoema" spokojnie mogłyby być gotyckimi hymnami (choć w obliczu tych wszystkich tandetnych kapel, jakie się potem namnorzyły to brzmi bardziej jak obelga). Są tu też dwa kawałki a capella - otwieracz albumu "Vandring" i "Lengsel" (choć w tym drugim słychać "plumkanie" basu w tle ;)). Teksty także zasługują na wspomnienie - smutne, mroczne, ale nie przeładowane niepotrzebnym mhrokiem ani nie patetyczne. Poruszające temat samotności ("Why So Lonely", "Atupoema"), śmierci ("Death-Hymn"), wampiryzmu (ale nie w tej tandetnej, współczesnej formie) ("Salva Me"), tęsknoty ("Legsel", "Song") czy mistycyzmu, natury ("Vandring", "In Mist Shrouded", "Oceana"). Album co najmniej bardzo dobry, i absolutnie warty polecenia.

Teksty podzieliłem na kategorie czysto subiektywnie.

_________________
"(...)moje życie barw milionem malowane
A każda chwila nazbyt droga
By błądzić między mirażami
Dlatego wierzę w siebie a nie w boga !
"
last.fm


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 29 wrz 2013, o 10:08 
Endless Forms Most Beautiful
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 16 wrz 2005, o 21:32
Posty: 4487
Lokalizacja: Przed monitorem
96. Electric Wizard - Dopethrone (2000, doom/sludge/stoner metal)

Obrazek

Tym razem coś z klimatów, które tutaj jeszcze nie gościły. Trzeci album tej kapeli, która w 1996 zadebiutowała klasycznym doommetalowym krążkiem mocno inspirowanym Black Sabbath. Ten album z pionierami tego gatunku aż tak dużo wspólnego nie ma, choć oczywistych wpływów nie sposób nie zauważyć - mocarnych, wolnych rytmicznych partii gitarowych w stylu Tony'ego Iommi na przykład.
Generalnie ten album wydany 30 lat po "Black Sabbath" to jednak inna bajka, co obrazuje już pierwszy, nieco zbyt chaotyczny (jak na niewtajemniczonych!) numer. Pomijam go w tym momencie przy opisie, bo esencję tego stylu w pigułce mamy we "Funeralopolis", czyli drugim kawałku z płyty. Przesterowany wokal przepuszczony przez zniekształcające go filtry cyfrowe, transowe riffy gitarowe, które w odpowiednich momentach zmieniają szybkość, agresywnie wtórujący im bas, od czasu do czasu jakieś partie solowe odegrane na gitarze, a nad tym wszystkim góruje perkusja z obfitym użyciem talerzy. Chaos kontrolowany, sporo agresji i wściekłości; zdecydowanie nie jest to odmiana dooma, przy której można się pociąć. Raczej kogoś, jak już.
Jeśli ktoś nieobeznany nie chce się męczyć z całą płytą, to opisany wyżej numer nadaje się idealnie na szybki wstrząs przy równoczesnym poszerzeniu horyzontów muzycznych. Dla tych, którym się spodoba jest następny w kolejce trzyczęściowy "Weird Tales", przy którym nawet totalnie 'niemetalowi' słuchacze grzecznie kiwają łebkiem w rytm muzyki, bo przy tym po prostu nie da się inaczej. Tu jest momentami jeszcze wolniej i bardziej hipnotycznie; więcej też solowych wstawek na gitarze (słowo 'solówka' tu nie pasuje akurat).
Jak to się spodoba, to reszta płyty zaprasza.
Ale "Funeralopolis" to i tak jazda obowiązkowa.

_________________
https://www.musik-sammler.de/sammlung/sirivanhoe/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 7 paź 2013, o 22:43 
Imaginaerum
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 lut 2009, o 20:00
Posty: 2168
97. Lääz Rockit - Know Your Enemy (power/thrash/speed metal, 1987)

Obrazek

Trzeci krążek weteranów z San Francisco na którym muzycy zbliżyli się bardziej w kierunku bay area thrash metalu. Okładka nawiązuje do modnych w latach 80 filmów akcji w stylu „Rambo” czy „Zaginiony z akcji”. Na krążku muzycy przedstawili bardziej dojrzałe granie niż na poprzednich dwóch płytach. "Know Your Enemy" obok "Annihilation Principle" to już kultowe krążki w dyskografii Amerykanów oraz płyty które stanowią kanon płyt thrash/power metalowych.

Na płycie znajduje się 10 kompozycji + intro. Płytę otwiera klimatyczne i powodujące lekki niepokój intro. Już pierwszy kawałek – Last Breath- na płycie pokazuje z czym mamy do czynienia. Świetna speed-thrashowa kompozycja z ostrymi jak nóż thrashowymi riffami oraz chwytliwym refrenem a wszystko to nawiązuje do klasycznego heavy metalu. Kolejna na płycie Euroshima to utwór w całości bardzo przebojowy. Most Dangerous Game to trzeci na płycie utwór z spokojną, utrzymaną w wolnych tempach zwrotką, która powoli przeradza się w energiczną całość z instrumentalnymi popisami członków zespołu. Pozostałe utwory również trzymają poziom oraz są porcją konkretnego energetycznego thrashowo-powermetalowego grania! Warto wspomnieć o niezwykłych umiejętnościach wokalisty, który śpiewa bezproblemowo typowe dla amerykańskiego power metalu wokalizy oraz "góruje" nad muzyką.

Krążek polecam wszystkim fanom amerykańskiego power metalu oraz thrash metalu z lat 80. Pozycja obowiązkowa!

Serdecznie polecam! ;)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 17 mar 2014, o 00:46 
Once
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 1 sie 2007, o 21:40
Posty: 1133
Lokalizacja: podobno z Polski
98. Toxik - Think This (thrash metal / progressive metal, 1989)

Obrazek


Toxik jest kolejną z tych zapomnianych i przede wszystkim bardzo niedocenianych kapel thrash metalowych. Muzyka zaprezentowana na tym krążku to nie thrash, którego każdy by się spodziewał - utwory są mocno skomplikowane, grane bardzo technicznie i co najważniejsze - pojawiają się... klawisze! Mimo, że jest ich niewiele to i tak sprawnie akcentują niektóre elementy gry co sprawia, że muzyka na Think This jest jeszcze bardziej smaczna i zróżnicowana. Bardzo dużo tu ciekawych zagrywek i cudownych solówek, które są owocem doskonałej pracy gitar, ale nie tylko - szalona perkusja i wszędobylski bas również mają w tym swój udział.
Płyta bardzo wyrównana, w moim odczuciu brak na niej słabego numeru - wszystko trzyma bardzo wyrównany poziom - nooo, może nieco ten cover Zeppelinów odstaje ;). Wielka szkoda, że kapela poszła w zapomnienie, fakt - reaktywowali się i planują wydanie nowej, w sumie trzeciej, płyty na ten rok, ale sam nie wiem czego oczekiwać. Jedno jest pewne - gdyby w tamtych czasach ktoś "przygarnął" Toxik z ich Think This, na pewno każdy znałby teraz tę formację. Dla fanów thrash metalu - absolutnie obowiązkowa pozycja. Dla miłośników technicznego grania - również. Płyta wyśmienita - 9,5/10. Poniżej kilka argumentów:


http://www.youtube.com/watch?v=_MawT5aZl_o
http://www.youtube.com/watch?v=lqECe4nA7wA
http://www.youtube.com/watch?v=On3o-paVP1w


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 28 maja 2014, o 23:25 
Wishmaster
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 14 lut 2010, o 22:15
Posty: 358
99. Czesław Niemen - Enigmatic (1970, progressive rock)

Obrazek

Wszyscy znamy Niemena, prawda? "Dziwny jest ten świat" to przecież "klasyka", znają go nasi rodzice a nawet dziadkowie, każdy z nas potrafi zanucić "Mam tak samo jak ty…". Często wymienia się go jako jednego z największych polskich artystów, jednak przyznaję, że do niedawna jeszcze sądziłem, że zupełnie niesłusznie. Oczywiście nie chodzi tu o talent wokalny, tego Niemenowi odmówić nie można, natomiast, jako że przeszedłem już "szkolenie" w zakresie prog- czy avant-rocka, nie imponowały mi muzycznie rzeczy takie jak "Sen o Warszawie" czy "Płonie stodoła". Sądziłem więc, że Niemen to jedynie "klasyka" w rodzaju German czy (choć tu pewnie pojawią się głosy sprzeciwu) Grechuty – czyli ładne piosenki, niezły głos i… w zasadzie tyle.

Okazuje się jednak, że Niemen nagrywał pioseneczki do radia jedynie do 1970 roku, kiedy to z nieznanych powodów zmienił się z bigbitowca (polski odpowiednik prostackiego rock'n'rolla) w ambitnego prog-rockowca, co ważne, w żadnym wypadku niekopiującego patentów angielskich mistrzów (zresztą, jak miał ich kopiować, jak oni jeszcze nie zaczęli nagrywać ;)), a tworzącego własną odmianę tego gatunku muzyki.

Stąd Enigmatic to wypełniona czterema rozbudowanymi kompozycjami symfoniczno-progresywna płyta przesycona słowiańskim klimatem (te kiczowate damskie chórki!), różnorodna muzycznie i klimatycznie, od grobowo wręcz ponurego duetu (call-and-response) organy-chór we wstępie do monumentalnego szesnastominutowego "Bema pamięci żałobny rapsod", przez podniosłą, uroczystą drugą część rzeczonego utworu ze znakomitymi popisami wokalami Niemena przez jazzujące siedmiominutowe "Jednego serca" i "Kwiaty ojczyste" po krótką rockową balladę "Mów do mnie jeszcze".

Album ma swoje wady, szwankuje przede wszystkim produkcja (być może zadowalająco brzmiąca reedycja ukaże się późnym latem) i, nie ma się co oszukiwać, technicznie i kompozycyjnie kogoś, kto zna Larks’ Tongues in Aspic czy Relayer, Enigmatic nie zachwyci (pamiętajmy jednak, że to dopiero początek 1970 roku! To czasy sprzed Atom Heart Mother, Lizard, Tresspass, The Yes Album itd.). Co prawda później Niemen nagrywał wyśmienite pod tymi względami płyty, jak Marionetki z trudną, siedemnastominutową improwizacją "Requiem dla van Gogha" czy jego techniczne magnum opus Aerolit, myślę jednak, że to przede wszystkim Enigmatic zasługuje na miejsce w tym zestawieniu, jako że jest to płyta pionierska i to od niej zaczęła się artystyczna kariera Niemena.

Gorąco polecam - bez wątpienia pierwsza "nasza" płyta w tym rankingu, dla której zasada "dobre, bo polskie" absolutnie nie ma zastosowania.

Bo to po prostu znakomita muzyka.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 13 cze 2015, o 18:41 
Użyszkodnik
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 9 cze 2015, o 19:20
Posty: 9
100. Annihilator - Alice in Hell (thrash metal, 1989)
Obrazek
"Alice in Hell" to porządna dawka czystego thrashu stworzonego przez kanadyjską grupę. Agresywny wokal, niesamowite riffy oraz ogromna energia z dodatkiem sennego, mrocznego, nawet nieco psychodelicznego klimatu.
Wszystko zaczyna się od akustycznego intra "Crystal Ann". Trwa ledwo niecałe dwie minuty, a już wiadomo, z czym mamy do czynienia. Jest przemyślane, ale i klimatyczne. Po tym następuje utwór tytułowy, będący właściwie kwintesencją tego albumu - "Alison Hell", bogate, energiczne riffy, ten wokal... po prostu cudo. Z reszty albumu warto wyróżnić chociażby ciekawy instrumental "Schizos (are never alone)", nie ma w sumie na krążku słabego ogniwa.
Czego bym nie napisała, to bym się zwyczajnie powtarzała. Niesamowicie energiczny i klimatyczny album, obdarzony świetnymi riffami i pewną dawką spontaniczności. Chociaż niektórzy na piedestale stawiają inne płyty tego zespoły, jak również genialne "Never, Neverland", to dla mnie ta będzie po prostu najlepsza, choćby pod względem czysto technicznym była nieco gorsza od następców. Dlaczego? Jest po prostu odmienna i według mnie ciekawsza od reszty, chociaż z "Never..." mogłaby konkurować. Dla fanów thrashu pozycja obowiązkowa, reszcie również bardzo polecam.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 16 cze 2015, o 10:09 
Imaginaerum

Dołączył(a): 14 mar 2007, o 17:38
Posty: 2452
Lokalizacja: Olsztyn
101. Exodus - Bonded by Blood (thrash metal, 1985)
Obrazek
Kontynuując muzycznie użyszkodnika wyżej polecimy dalej z thrashem. Aż się zszokłam trochę, że tej płyty nie ma jeszcze w zestawieniu. Płyta, którą każdy słuchacz gatunku na pewno zna. Dla tych co niekoniecznie, 2 zdania wstępu.
Debiut Exodus, ich największe osiągnięcie, ba, jedna z najlepszych płyt w gatunku. 40 minut wspaniałego, czystego, thrashowego szarpania strun. Jeżeli miałabym wskazać słaby punkt, to nie potrafiłabym. No, jakbym wyrzuciła wokal, to na pewno krążek znalazłby się w czołówce moich ulubionych. Utwory godne polecenia? Wszystke! Podzielę się moim ulubionym.
https://www.youtube.com/watch?v=ANq4qWt1R1o


Ostatnio edytowano 11 sie 2015, o 16:47 przez Izuś, łącznie edytowano 1 raz

Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 30 lip 2015, o 12:58 
Endless Forms Most Beautiful
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 16 wrz 2005, o 21:32
Posty: 4487
Lokalizacja: Przed monitorem
102. Heavy Load - Death or Glory (epic metal, 1982)

Obrazek

Jest temat o gatunku zwanym epic metal, ale brakuje płyty w tym zestawieniu, którą można by do niego zaliczyć. Ktoś powie: "a Manowar?" "Battle Hymns" to wprawdzie świetna płyta, ale nie ten podgatunek metalu jeszcze - dopiero albumy 2-4 w ich dyskografii możńa uznać za epic metal. Wiąże się to jakoś z Heavy Load? Oczywiście, gdyż ten szwedzki zespół nagrał swój debiut 4 lata wcześniej niż Manowar, podczas gdy drugi ich krążek, czyli właśnie "Death or Glory", prezentuje już w pełni ukształtowany styl, który Joey de Maio i spółka następnie udskonalili.

Heavy Load ma na swoim koncie 3 płyty i najlepsze (albo najgorsze) jest to, że każdą z nich można by umieścić w tym zestawieniu. Największy dylemat miałem między debiutem a "Death or Glory". Za "Full Speed at High Level" przemawia innowacyjność, wyprzedzanie dokonań takich zespołów jak Manowar, Judas Priest czy Iron Maiden oraz genialny, progresywny numer "The Storm", który każdy powinien znać. "Death or Glory" z kolei to kwintesencja epic metalu; jeśli ktoś chciałby poznać tylko jedną płytę z tego gatunku, to naprawdę nie wiem, czy poleciłbym "Sign of the Hammer" Manowar czy właśnie "Death or Glory". To już chyba wystarczy jeśli chodzi o ocenę, na jaką ten krążek zasługuje.

Teraz parę słów o samej muzyce. Jest dość szybko i bardzo melodyjnie, zarówno pod względem fantastycznych partii gitary prowadzącej, jak i linii melodycznej. Refreny niesamowicie zapadają w ucho już od pierwszego przesłuchania. Jednak nie cierpi na tym poziom muzyki, gdyż praca wszystkich instrumentalistów wypada świetnie, a kompozycje są bardzo spójne. Stylistycznie płyta powinna wpisać się w gust miłośnika dowolnego znanego zespołu heavymetalowego oraz w upodobania zwolennika powermetalowych brzmień, które istnieją właśnie w dużej mierze dzięki zespołom pokroju Heavy Load i płytom takim jak "Death or Glory".

Najlepsze numery? "Traveller", "Daybreak Ecstasy".
Moje ulubione? "Still There Is Time", "Traveller", "Heavy Metal Angels".
Które polecam w pierwszej kolejności? Żadne. Słuchać całej płyty, bo warto.

_________________
https://www.musik-sammler.de/sammlung/sirivanhoe/


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 15 sie 2015, o 19:15 
Imaginaerum

Dołączył(a): 14 mar 2007, o 17:38
Posty: 2452
Lokalizacja: Olsztyn
103. Darkthrone - Under a Funeral Moon (black metal, 1993)
Obrazek
Pomysł tego posta przyszedł mi po odpowiedzi Zoltana na temat jego prób przesłuchania Filosofem Burzum.

Przez czas pewien niekrótki zastanawiałam się, który z albumów w dorobku Darkthrone tutaj zamieścić. Czy "A Blaze in The Northern Sky", "Under a Funeral Moon", czy "Transilvanian Hunger". Wybór padł na płytę środkową. Dla tych co nie wiedzą, pierwsze wydawnictwo Darkthrone "Soulside Journey" utrzymane jest w typowo death'owych klimatach. Na drugiej płycie ten death metal zaczyna przybierać zupełnie innego, świeżego jeszcze wtedy charakteru Black Metalowego, na którym oparł się później cały gatunek określany mianem "Norweski Black Metal". Płyta "Transilvaniam Hunger" jest niemalże wydawnictwem perfekcyjnym jeżeli chodzi o dorobek zespołu i w sumie ostatnim albumem na który warto zwrócić uwagę. No ale wróćmy do początku. Nie wiem czemu na Burzum zawisła etykieta "prekursorzy", kiedy to właśnie Darkthrone należy się ten zacny tytuł.
A teraz wracając do zestwienia. Zdecydowałąm się na prezentację "Under a Funeral Moon" ze względu na i charakterystyczny dla całości black metalu w fali norweskiej wydźwięk i to, że zespół już ustosunkował się z gatunkiem, gdyż na poprzedniku widać jeszcze zaleciałości death'owe, chociaż jest niewątpliwie albumem przełomowym, a następna jest tylko udoskonaleniem tego na na "Under..." możemy usłyszeć. Darkthrone niewątpliwie zasługuje na miejsce na tejże liście, chociaż dla tych, co chcą zapoznać się z grupą, niekoniecznie przepadajac za black metalem polecałabym płytę drugą "A Blaze in the Northern Sky"


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku Przejdź na stronę <<  1 ... 3, 4, 5, 6, 7

Strefa czasowa: UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
cron